Długo się zastanawiałam, czy powinnam wrzucać dzisiejszy wiersz. Nie tylko dlatego, że jest dosyć „kanciasty” 😅. Powstał on około 5 lat temu, gdy miałam jedną z najdłuższych przerw w publikowaniu. Nic wtedy nie wstawiałam, bo nie byłam w stanie stworzyć nic „pozytywnego”.
Przedłużający się epizod depresyjny wyssał ze mnie nadzieję, a nie chciałam chyba wtedy przyznawać się przed nikim, jak bardzo mi jej brakuje. Ale dalej tu jestem i postanowiłam, że wstawię to, jako żywy dowód, że da się przetrwać, nawet gdy głowa w tym przeszkadza
Stoję dziś na krawędzi
Rozdarta, zmęczona
I dół tak mnie nęci
I głośno znów woła
Na górze pożoga
I smutek z rozpaczą
W sercu już trwoga
I oczy wciąż płaczą
I brak już odwagi
Bo nie ma nadziei
Co, jeśli złe drogi
I nic się nie zmieni?
A w nim ukojenie
Wraz z ciszą czekają
Zniknie Twe cierpienie
Ciągle zachęcają
Dwa kroki do przodu
Nic więcej nie musisz
Tak głos swego rodu
Na wieczność zagłuszysz
Na zawsze już wolna
Od tego,
co ściska serce tak mocno
Już nigdy bezbronna
Wobec myśli,
których nigdy
nie wypowiem na głos…