Lekko drżącą dłonią otwieram drzwi samochodu. Wsiadając, rzucam klucze wraz z portfelem i butelką coli na siedzenie pasażera. Od tej chwili wszystko dzieje się poza mną. Choć dawno już nie jechałam w tamte rejony, moje dłonie wiedzą dokąd mnie prowadzą. Dopiero gdy w polu widzenia pojawiają się pamiętne wieżowce, moja głowa „powraca” do ciała. Nie zamierzam jednak teraz się wycofywać. Moja ciekawość, a może i tęsknota, sprawiają, że wątpliwości muszą pozostać schowane. Parkuję obok piekarni, do której tyle razy schodziłam zaspana rano. Ciekawe czy pracuje w niej dalej pani Bożenka. Skup się! Od razu po wyjściu z auta odpalam papierosa, jakby on miał dodać mi odwagi. Zmuszając stopy do ruchu, powoli docieram do “naszej” kawiarni. Szyld, na którym umieszczono napis “BIAŁY OBŁOK”, już kilka lat temu daleki był od koloru białego, a teraz szarość zagościła już na nim na stałe. Idąc w stronę wejścia, zerkam przez szyby, by ustalić, czy ona jest już w środku. Lekko zdenerwowana faktem, że nie, docieram do popielniczki, stojącej tuż przy drzwiach. Jednym ruchem gaszę papierosa i gdy podnoszę wzrok, by ruszyć do wnętrza, napotykam jej oczy.
W pierwszym odruchu mam ochotę spuścić głowę. Spalam się w jej spojrzeniu; tak, jak za każdym poprzednim razem. Jednak jej palce chwytają mnie za podbródek, uniemożliwiając mi zakończenie kontaktu. Czuję, jak gorąco rozpala moje policzki. Pod jej spojrzeniem moje nogi tracą swoją stabilność. Jednak jej silne ramiona już są wokół mnie. Zaczynamy iść, ale nie do środka kawiarni. Ta po chwili pozostaje w tyle, a my kierujemy się w stronę „naszego” dawnego mieszkania. Czyżby dalej się stamtąd nie wyprowadziła? Pomiędzy nami nie padają żadne słowa. Bliskość jej ciała, oplatające mnie ręce… Niezależnie od tego co będzie dalej, teraz jest mi dobrze. Przed wejściem do klatki zostaję uwolniona z jej objęć. Łapie za moją dłoń i nawet na mnie nie patrząc zaczyna iść po schodach, ciągnąc mnie za sobą. 3 piętro, drugie drzwi po lewej stronie. Jeszcze nim do nich docieramy, widzę je w swojej wyobraźni. Lekko porysowane, ze startą miedzianą klamką. Ile razy to ja otwierałam te drzwi przed nią? Teraz to ona popycha je do przodu i odsuwa się, by wpuścić mnie do środka. Przekraczam próg teraz już jej mieszkania i w chwili, gdy słyszę dźwięk zamykanych drzwi, czuję ogarniające mnie zimno. Czyżby moja odwaga zaczynała się kończyć? Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, skupiam uwagę na niej. Na tych spokojnych, wprawionych ruchach, z którymi rozsznurowuje swoje długie buty. Na to, z jakim wdziękiem zdejmuje z siebie płaszcz, by zawiesić go na dużym, drewnianym wieszaku. Gdy kończy, czuję, jak jej wzrok pada na mnie. Od razu spuszczam głowę, jednak ona jest już obok. Znów łapie mnie za podbródek, wymuszając, bym spojrzała jej w oczy. A w nich…
Pożądanie, tęsknota i zdecydowanie, które sprawia, że z jękiem osuwam się przed nią na kolana. Tym razem gdy spuszczam wzrok, nie wynika to ze strachu. Przecież przekraczając próg, wiedziałam, na co się godzę. To ona ma kontrolę. To ona będzie wyznaczała przebieg tego spotkania. Jakby na dowód tych myśli, jej palce zagłębiają się w moich włosach, w geście aprobaty. Ogromne uczucie ulgi i podniecenia zalewa moje ciało. I chęci, by to zadowolenie w niej wywoływać przez całą nadchodzącą noc…